niedziela, 22 listopada 2009

"Czy mi wybaczysz...?" cz.2

No i kolejna część, nie jest za długa, ale to chyba lepsze niż nic? Następna pojawi się w następnym tygodniu i będzie najprawdopodobniej przed ostatnią do tego opowiadania i potem zaczyna pisać nowe ;) Życzę miłej lektury i zapraszam do komentowania :)



Kiedy usłyszałem jego głos serce zabiło mi mocniej, ale nie chciałem otwierać. Nie bo gdy bym otworzył mógłbym się gorzko rozczarować, a tego nie chciałem i nie chciałem go też zobaczyć. Byłem jak w amoku kiedy podszedłem do drzwi i je otworzyłem po dłuższym pukaniu, którego już nie mogłem znieść. Nawet na niego nie spojrzałem, tylko zostawiłem otwarte drzwi i ułożyłem się na powrót na łóżku wbijając wzrok w sufit. Ciekaw byłem co miał mi do powiedzenia, a byłem pewny, że miał wile, bardzo wile.
Poczułem jak siada przy mnie na łóżku. Nawet nie drgnąłem.
Pewnie chciał mnie złapać za rękę lecz niestety mu to uniemożliwiłem kładąc obie pod głowę.
-Naruto.- Zaczął a ja czułem jak wbija we mnie wzrok. -Nie wiem od czego zacząć.
Chciałem, już coś powiedzieć ale się powstrzymałem. Ktoś mi kiedyż powiedział, że jeśli się chce usłyszeć całą prawdę niezależnie od wszystkiego nie należy mówiącym zadawać pytań, bo zaczną mówić to co chcemy usłyszeć i zaczną kręcić. A ja chciałem usłyszeć wszystko, więc milczałem.
-Naruto.- Chciał pogłaskać mnie po policzku, ale się odsunąłem. Nie chciałem, żeby mnie dotykał. Najwyraźniej się tym nie zdziwił, ale cofnął dłoń.- Ja przepraszam.
Wciąż milczałem. Przepraszam. To mi nie wystarczyło. Chciałem usłyszeć coś więcej.
-Przepraszam Naruto.- powtórzył nie wiedząc reakcji z mojej strony ciągnął dalej- Ja wtedy nie chciałem. To przez klątwę. Ja naprawdę tego nie chciałem. Tak mi cholernie przykro. Nie chciałem Cię zostawić. Odejść. Ale to Orochimaru mnie zmusił. To przez tę cholerną klątwę.- Usłyszałem jak zaciska pięści i spuszcza głowę. - Tak mi przykro.Gdybym mógł cofnąć czas, na pewno bym cie nie zostawił. Nie odszedł bym. Naruto no powiedz coś.
Powoli odwróciłem głowę i spojrzałem na jego profil. Był piękny. Niewyobrażalnie piękny, te jego kruczo czarne włosy, idealnie prosty nos i te czarne jak smoła oczy, w których mogłem utonąć kiedy się w nie zapatrzyłem. Przejechałem wzrokiem po jego sylwetce. Zmężniał to było pewne i urósł. Urósł heh... Popatrzyłem na jego muskularne barki. Pewnie dużo trenował.Tylko tyle pomyślałem. Jego cała postawa była pochylona, wpatrywał się w swoje zaciśnięte pięści.
-A co mam powiedzieć!-wybuchnąłem, już nie wytrzymywałem tych jego słów.- Co mam powiedzieć?! Że bardzo się ciesze, że wróciłeś, że jestem z tego powodu szczęśliwy?! Że tęskniłem?! Ale nie powiem tak. bo to nie prawda! Nie tęskniłem! Nie jestem szczęśliwy póki tu jesteś!
Podniosłem się do siadu i wstałem tak żeby go nie dotknąć. Podszedłem do okna.
Patrzył na mnie uważnie. Pewnie się zastanawiał jakich słów teraz użyć, aby mnie ułaskawić. Ale ja na pewno mu się nie dam, jak już zacząłem krzyczeć to już do końca będę krzyczał.
-Co ty sobie myślałeś?! Że skocze ci w ramiona! Że nie wiem...- obróciłem się w jego stronę. Wpatrywałem się w jego oczy z taką złością, że zachciałem je wyłupać tej chwili, chciałem go uderzyć, zabić. Żeby nie mógł się tak na mnie patrzeć z żalem i skruchą. Nie chciałem tego, nie chciałem tego widzieć. - Że będę uradowany?
-Nie. Nie myślałem, że skoczysz mi w ramiona i nie myślałem, że będziesz uradowany.- mówił cicho i spokojnie.- Myślałem, że mi wybaczysz. Że wybaczysz mi to, że odszedłem.
Popatrzyłem na niego z jeszcze większą złością. Jak mogę mu to wybaczyć, zapomnieć to co mi zrobił jak przez niego cierpiałem i płakałem.
Nie mogę...
Czy jednak mogę zapomnieć i być z nim. Dalej go kochać i być kochanym. Już sam nie wiedziałem czego chce. Nie chciałem do niego wracać, ale tez nie chciałem już być sam. Bo co samotność robi z człowiekiem. Stajesz się zimy, oschły, nie ufasz już nikomu, nikt nie ma dla ciebie znaczenia, stwarzasz wokół siebie skorupę odsuwając się od innych powoli, aż już nie mają wstępu do naszego świata. Dobrze o tym wiedziałem. Sam tak robiłem, ale starałem się to ukryć za sztucznym uśmiechem i udawało mi się to. Ale później już nie wychodziłem do ludzi chyba, że musiałem tak jak na misje. Lecz zawsze starałem się mieć samotne misje. Tsunade zawsze mi tu umożliwiała jako najlepszemu shinobi w wiosce. Ale dobrze mi było samemu nie cierpiałem tak, nie musiałem udawać.
-To najwyraźniej źle myślałeś.- Powiedziałem tak samo cicho jak on. Już się uspokoiłem.
Spojrzał na mnie jeszcze raz z tą miną, aż mnie coś za serce ścisnęło. I ściskało coraz mocniej.
-Najwyraźniej tak.
ścisk przeszedł na gardło, już nie mogłem mówić. Nie maiłem już nic więcej do powiedzenia.
Powoli po policzkach ciekły, mi najpierw powoli, a później było ich już więcej i więcej. Upadłem na kolana i płakałem. Płakałem. Pierwszy raz płakałem odkąd odszedł.
Mój płacz był cichy.
Poczułem jak podchodzi do mnie, a później mnie przytula. Nie protestowałem, chciałem, żeby był ze mną. Teraz.
-Naruto wybacz mi.-szepnął mi do ucha.

czwartek, 19 listopada 2009

Informacja i Prolog "Czy kiedyś mi wybaczysz...?

Więc tak tu będę się znajdować kilku rozdziałowe historie o miłości Sasuke i Naruto, bądź wiersze lub itp. zależnie od tego co przyjdzie mi do mojej śliczniej główki ^^. Notki będę dodawać zależnie od weny i czasu, którego aktualnie mam całkiem sporo. No nic zapraszam do prologu pierwszej historii pod tytułem "Czy kiedyś mi wybaczysz...?"



Zostałem sam, całkiem sam, na wiele długich lat, miesięcy, tygodni, dni, godzin, minut, sekund. A każda z tych sekund napawała mnie niewyobrażalnym cierpieniem i tęsknotą za tobą.I wciąż zadawałem sobie to jedno pytanie. Dlaczego? Dlaczego mnie opuściłeś? Zostawiłeś na pastwę losu? Byliśmy razem i dobrze nam było. Ale nie, ty musiałeś to popsuć. Zawsze musiałeś coś zepsuć. Zepsuć nasze szczęście. Moje i twoje. A może nie, to nie było twoje szczęście i chciałeś to zakończyć, zostawić mnie w cierpieniu i bólu samego? Dla własnej wygody, kiedy stałem ci się już zbędny, niepotrzebny? Tak jak wszystkim. Czy może chciałeś zostać heroicznym bohaterem i nie narażać mnie na swoją zemstę względem brata? Ha, ha jakie to śmieszne tyle razy mi obiecywałeś, że dasz sobie spokój z zemstą, że nie jesteś już mścicielem, że ja się dla ciebie tylko liczę, ja i nikt więcej. Ale jedna zostawiłeś mnie i wyruszyłeś na poszukiwania, aby go zabić. Jednak ja nie widzę w tym nic heroicznego tylko wielką pustkę po tobie. Próbuję znaleźć jakąś sensowną odpowiedź na te pytania i żadna jakoś nie pasuje. Wszystkie są puste i zawierają tylko ten sam sens zostawiłeś mnie, tylko po to aby zabić swojego brata. Zostawiłeś mnie, aby spełnić to co cie tak dręczyło. Stawia mnie to do myślenia iż on bardziej się liczy dla ciebie niż ja się liczyłem. Wiele lat cię szukałem nawet udało mi się kilka razy z tobą spotkać, ale ty byłeś tak samo oschły i zimny jak przy pierwszym naszym pożegnaniu. Heh o ile to można było nazwać pożegnaniem. Ty tylko powiedziałeś, że odchodzisz, że nic nas już nie łączy i idziesz wypełnić swój los. Ja próbowałem cię powstrzymać błaganiem, płaczem ale ty tylko powiedziałeś że jestem żałosny i mnie odepchnąłeś jak jakąś brudną, niepotrzebną szmatę. I tak się poczułem brudny i niepotrzebny, nikomu, a w szczególności komuś takiemu jak ty.
Ale wiesz co? Nie powiedziałeś mi nigdy tych jednych słów, które by mnie uwolniły od tej udręki, nie powiedziałeś, że mnie NIE KOCHASZ. Nie usłyszałem tych słów i stworzyłem przez to niewidzialną iluzję, że jeszcze nie jest za późno, że jeszcze możemy być razem, że kiedy cię odnajdę przemówi do ciebie twoja miłość do mnie i znowu będziemy razem.
Lecz z upływem lat ta iluzja powoli pękała, już tak bardzo nie zależało mi na odnalezieniu ciebie. Przestało mi już zależeć. Starałem się żyć normalnie bez ciebie i udawało mi się to. Miałem teraz wiele dziewczyn, ale z żadną nie było mi tak dobrze jak z tobą, dlatego już się z nimi nie spotykałem wolałem już tego nie robić, bo zaraz po tym myślałem o tobie jak nam razem było dobrze. Zachowywałem wstrzemięźliwość i żyłem normalnie, a przynajmniej starłem się robić takie wrażenie i udawało mi się.
Ale nie ty musiałeś wszystko popsuć jak zawsze. Jak zepsułeś naszą miłość. Bo ja już cię nie kochałem, a przynajmniej tak mi się wydawało, póki znowu nie pojawiłeś się w wiosce. W blasku chwały, jak bohater, którym przecież nie byłeś.Ale oni nie znali cię tak dobrze jak ja cię znałem. "Co to za bohater, zabił swojego brata ponoć najsilniejszego z klanu Uchiha, a teraz on jest najsilniejszy. Nawet silniejszy niż Madara.", nieraz słyszałem a w myślach się śmiałem, a moja twarz wykrzywiała się w ironicznym uśmiechu. Zabiłeś brata i wróciłeś. Tylko po co? Bo na pewno nie dla mnie, bo ja cie już nie chciałem. Nie chciałem, abyś zepsuł mi moje prowizoryczne i spokojne życie.
Spotkanie z tobą odwlekałem i udawało mi się to nie wychodziłem z domu, aby przypadkiem się na ciebie nie natknąć. Siedziałem tam całkiem sam, nie jadłem ramenu, który stracił swój smak już po tym jak odszedłeś. Leżałem tylko w łóżku i myślałem. Ciągle myślałem, znowu o tobie.
Kiedy się zjawiłeś i zapukałeś do moich drzwi, nie chciałem nawet wstać i otworzyć, nic nie chciałem. Zapytał byś skąd wiedziałem, że to ty. A ja mógłbym odpowiedzieć prosto, że wyczułem po prostu twoją chakrę, ale to nie po niej poznałem to po twoim stylu pukania. Słyszałem je tyle razy kiedy do mnie przychodziłeś, aby się zabawić i czekałem aż znowu je usłyszę.
I usłyszałem... A zaraz za nim towje pytanie dźwięczące mi w uszach:
-Naruto? Przepraszam? Czy kiedyś mi wybaczysz...?